Ostrzeżenie
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 797.

Pójść krok dalej, niż się wydaje, że można! - wywiad z podróżnikiem Stefanem Czernieckim

Są jeszcze na naszej planecie miejsca, do których póki co nie dotarła parada białych niewolników niosących w pozłacanej lektyce bożka o imieniu Pieniądz. Jednym z nich jest południowa prowincja Wenezueli: Amazonas, obszar w pobliżu granic z Brazylią oraz Kolumbią. - tak o swoim projekcie wyprawy „Śladem szeptu amazońskiego potoku” opowiadał dwa lata temu Stefan Czerniecki. Na jury I edycji Memoriału im. Piotra Morawskiego młody podróżnik zrobił największe wrażenie. I wygrał. Dzięki memoriałowi została sfinansowana jego podróż w dziewicze zakątki Puszczy Amazońskiej. Pod koniec października, na zaproszenie Twojego Ruchu, Stefan Czerniecki zawitał ze swoim niesamowitym podróżniczym „show” również do Lublina i Zamościa!

ZE STEFANEM CZERNIECKIM, PODRÓŻNIKIEM, DZIENNIKARZEM, AUTOREM KSIĄŻKI „DALEJ OD BUENOS” ROZMAWIA EUNIKA CHOJECKA

 

Zostałeś zwycięzcą I edycji Memoriału im. Piotra Morawskiego (którego celem jest wspieranie najbardziej interesujących projektów podróżniczych itp. - przyp. red.). Nagrodą było zasponsorowanie przez Alpinus wyprawy do Wenezueli. Było zgłoszonych koło 130 projektów. Co Cię podkusiło, aby złożyć swoją aplikację? Miałeś przekonanie, że wygrasz?

A wiesz, że miałem? Kiedy zgłosiłem ten projekt, myślałem sobie: „Jak przekonam kapitułę, aby dali młodemu, nieopierzonemu podróżnikowi przez małe „p” tyle pieniędzy na taki wyjazd?!” Pamiętam, że chciałem wybrać sobie rejon, w którym czuję się dobrze, czyli Amerykę Południową. A że byłem w większej części tego kontynentu, to pomyślałem: albo Kolumbia, albo Wenezuela, bo tam mnie jeszcze nie było. Szukałem białych plam na mapach tych krajów. Było ich mało. Doszedłem do wniosku, że jedynym miejscem, gdzie nie dotarł jeszcze biały człowiek, jest Amazonia w Wenezueli. Poprosiłem o opinię kilku podróżników, których znam, a oni powiedzieli: „Słuchaj Stefan, nie wygłupiaj się, to nie ma sensu. To jest najgorszy rejon, jaki możesz sobie wymyślić, nikt ci na to nie da pieniędzy. To jest niemożliwe, niewykonalne. Ja nie wpłynąłem, więc ty też nie wpłyniesz.” To był argument, który dał mi jeszcze większe przekonanie, że wygram. I faktycznie, wymyśliłem taki projekt, który był „niewykonalny”, bo samo wpłynięcie do tego rejonu było bardzo trudne. Ale mnie się udało!

 

 

Na Twojej stronie internetowej znalazłam opis Twojej osoby pochodzący z różnych mediów. Między innymi zostałeś nazwany pasjonatem z misją”. Jaką masz misję?

Mam umowę z Panem Bogiem. Trudno mówić o „umowie” z Panem Bogiem, to właściwie jest taki jednostronny list zaufania. Podczas jednej z moich wypraw do Peru przeżyłem sytuację, w której zagrożone było moje życie. Wtedy powiedziałem sobie: „Panie Boże, jeśli mnie uratujesz, to ja od tej pory będę mówić o Tobie. To, co będę robić, będzie na Twoją chwałę”. Staram się mówić ludziom, że warto się modlić - jestem tego dobrym przykładem, ponieważ de facto parę razy namacalnie spotkałem swojego Anioła Stróża. Kilka razy uratował mi życie. To nie jest misja lansowania samego siebie (choć tak to może wyglądać - że się lansuję w mediach). Ale wydaje mi się, że w każdym z tych programów staram się przemycić pewne treści duchowe. Podróżowanie dla samego podróżowania jest fajne, ale do niczego nie prowadzi. Wybrałem tę drogę, aby poznać samego siebie, swoją misję i Pana Boga. Polecam to wszystkim, którzy podróżują po świecie, bo to jest w podróżowaniu najfajniejsze.

 

Do czego chciałbyś zainspirować ludzi?

Do tego, żeby mieli odwagę. Pamiętam, że na wielu moich pokazach dużo ludzi pytało mnie: „Stefan, ale jak zacząć? Jak ty zacząłeś?”. Wtedy odpowiadam: „Nie miałem żadnych „pleców”, jeśli chodzi o wsparcie mediów lub wsparcie sponsorskie, pojechałem za własne pieniądze, które zbierałem przez pięć lat studiów. Nie znałem języka ani nie miałem doświadczenia.” Wszyscy mówią: „Pojechałbym tak, jak ty, ale muszę mieć przecież pieniądze, jakieś zaplecze.” Macie marzenia, a ja jestem zdania, że jeśli człowiek ma marzenia, które są dobre, to one nie są tylko twoim wymysłem. To jest rzecz z góry. Chodzi o to, abyś miał odwagę za tym pójść. Do tego właśnie namawiam: aby pójść za głosem swojego serca. Trzeba pójść krok dalej, niż się wydaje, że można.

 

Na jakiej podstawie sądzisz, że każdy z ludzi ma jakąś misję lub powołanie?

Na podstawie mojej wiary. Mam głębokie przekonanie, że każdy człowiek jest do czegoś powołany. Nie ma dryfowania - że żyjesz dla życia, dla konsumpcjonizmu - po to, aby pić herbatę i jeść słodycze. Bo to się kiedyś skończy. Masz pewnego rodzaju misję na ziemi.

  

Na spotkaniu mówiłeś, że przez całe studia zbierałeś pieniądze. Od początku studiów wiedziałeś, że gdzieś wyjedziesz?

Przez pierwsze lata zbierałem, bo prawo jazdy trzeba było zrobić, utrzymać się. Dopiero, kiedy byłem na trzecim roku, wiedziałem, że będę chciał wykorzystać je na coś takiego, jak podróże. Pomyślałem, że warto by trochę więcej zaoszczędzić, bo moja misja już klarowała mi się w głowie i doszedłem do wniosku, że to chyba będzie to. Wiedziałem, że na początku chcę pojechać do Argentyny albo do Boliwii.

 

Na ile podróżowanie było Twoim wyborem, Twoim marzeniem, a na ile bakcylem, który zaszczepił Ci Twój tata - alpinista?

To był główny powód, bo trzeba mieć mentora w życiu. Tata jest moim mentorem pod tym względem. Nauczył mnie życia w podróży: jak pakować plecak, jak „zrobić” wodę w lesie, jak z deszczówki „zrobić” wodę pitną, jak rozbić namiot na lodowcu, jak się wspinać. Kiedy byłem mały, pokazał mi album ze zdjęciami z różnych gór świata i wtedy zobaczyłem Cerro Torre, górę, która jest na południu Patagonii. Pomyślałem: „Bajka!”. (Jeśli dasz dziecku kredkę i powiesz mu: „Narysuj mi góry”, to ono bierze kredkę i rysuje takie „zęby”. Tak właśnie wygląda Cerro Torre.) Powiedziałem sobie, że kiedy będę dorosły, to tam pojadę. O tym rejonie mówi się „koniec świata”, bo leży daleko od wszystkiego, ale jest piękny, surowy.

Tata nigdy nie był w Patagonii, więc moja podróż była jakby w jego imieniu. Kiedy po powrocie pokazałem mu zdjęcia, a on powiedział: „Jak tam jest pięknie! Fajnie, że tam pojechałeś!”, czułem satysfakcję. W pewien sposób tata był tam ze mną. Można powiedzieć, że spłaciłem „dług wdzięczności” wobec niego.

 

Wróćmy na moment do teraźniejszości. Po spotkaniu na Wydziale Politologii UMCS studenci pytali mnie, co z językiem. Jak wyglądał poziom twojego hiszpańskiego przed wyjazdem do Ameryki Południowej?

Pierwszy raz, kiedy tam pojechałem, poszedłem na żywioł. Znałem tylko włoski, który jest z tej samej rodziny, co hiszpański - romańskiej. Ale to jest mniej więcej tak, jakby gadać po polsku z Czechem. Kiedy mówiłem do ludzi w Buenos Aires po włosku, to oni mnie rozumieli, ale kiedy oni do mnie po hiszpańsku - ja w ogóle. Przez trzy miesiące pobytu w Argentynie, Chile i Boliwii zacząłem łapać hiszpańskie słówka i je wplątywać do mojego włoskiego. Taki mix-post. I oni się ze mnie trochę śmiali, bo już nie mówiłem ani po hiszpańsku, ani po włosku, mówiłem po swojemu. Później pojechałem do Ekwadoru, do Wenezueli i hiszpański stał się moim językiem wiodącym. Włoskiego już właściwie zapomniałem. Wciąż jednak twierdzę, że mój hiszpański jest fatalny, że mówię takim bełkotem „Kali być”, „Kali mieć”. I choć jest wystarczający, aby się porozumieć z ludźmi, cały czas się go uczę. A ludziom, którzy szukają argumentu, żeby nigdzie nie jechać („nie mam pieniędzy”, „nie znam języka”), zawsze mówię: język nie jest taki ważny. Oczywiście, łatwiej jest, jeśli znamy angielski, ale jeśli nawet człowiek będzie machał rękami przed panem w okienku, że chce jechać na południe, pokaże mapę, to pan kasjer będzie zachwycony, że przybysz próbuje, że się stara i nawet się przed nim trochę upokorzył, bo nie zna języka i tak się wygłupia. Ale to jest piękne. Wtedy człowieka bardziej cenią i kochają. Uczmy się języków, jak najbardziej, ale jeśli jeszcze żadnego nie znamy, nie róbmy z tego powodu argumentu, że to koniec i nie możemy jechać.

 

Pełna wersja wywiadu - w najnowszym numerze "idź Pod Prąd", już w kioskach i Empikach!

Współpraca Weronika Machała

 

 z czerniecki.net:

STEFAN CZERNIECKI - podróżnik, dziennikarz, autor książki „Dalej od Buenos”, członek Alpinus Expedition Team. Eksplorator dziewiczych rejonów świata - przede wszystkim ukochanej przez niego Ameryki Południowej. Teksty jego autorstwa publikują m.in: „Rzeczpospolita”, „Nowe Państwo”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Polonia Christiana”, „npm”, „National Geographic-Traveler”, „Podróże”, „Poznaj Świat”.

 

Zarażony przez ojca-alpinistę miłością do gór od dzieciństwa marzył, aby podejść pod ścianę przepięknej Cerro Torre. Pierwsza okazja nadarzyła się, gdy obronił pracę magisterską w Katedrze Kartografii Wydziału Geografii Uniwersytetu Warszawskiego. Gdy zakosztował smaku niezależnej eksploracji, nie było już odwrotu. Przewędrował Argentynę, Chile, Boliwię, południową Brazylię, Peru i Ekwador, Wenezuelę, Kambodżę, Laos, Wietnam, Tajlandię, Indie, Nepal...

 

 

 

 

 

 Fot. Stefan Czerniecki, Kuba Fedorowicz

 

 



Ostatnio zmienianyśroda, 28 listopad 2012 00:02

5 komentarzy

  • abc
    abc poniedziałek, 26, listopad 2012 21:05 Link do komentarza

    Chciałam bardzo przeczytać ten artykuł. Niestety zamiast liter widzę hieroglify. Sprawdziłam inne artykuły i innych autorów. Tylko artykułów pani Chojeckiej nie mogę przeczytać. Bardzo proszę o jakieś przeformatowanie tych tekstów tak, aby były czytelne dla wszystkich bądź też wskazówki, co powinnam zrobić, żeby móc to odczytać. Pierwszy raz mam taką sytuację.

    Raportuj
  • Mariusz
    Mariusz poniedziałek, 26, listopad 2012 21:09 Link do komentarza

    Stefan to Ziom!!!

    Raportuj
  • alfa
    alfa poniedziałek, 26, listopad 2012 21:13 Link do komentarza

    @abc - ale to dziwne, mi sie pokazuje normalnie? może cos zmienić kwestia jakiś ustawień?

    Raportuj
  • izaa
    izaa wtorek, 27, listopad 2012 15:06 Link do komentarza

    @abc - mam tak samo, na 2-ch różnych komputerach ;)

    Raportuj
  • Piotrek Gazda
    Piotrek Gazda wtorek, 27, listopad 2012 23:09 Link do komentarza

    tego Gościa to ja lubię!
    "realizuj marzenia", "wyjdź ze strefy bezpieczeństwa" - uosobienie TR normalnie..

    Raportuj

Skomentuj

Make sure you enter all the required information, indicated by an asterisk (*). HTML code is not allowed.