Ostrzeżenie
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 797.

W Labiryncie

Przedstawiamy historię Marzeny. Zachęcamy do lektury!

Motywem mojego dzieciństwa i młodości było poszukiwanie sensu swojego istnienia, a także celu, dla którego warto poświęcić życie.

Od początku miałam przeświadczenie, że świat widzialny nie jest najważniejszy, a nawet nie jest prawdziwy. To co jest ważne, wartościowe - tego nie widać, należy tego poszukać.

Miałam w pogardzie rzeczy zwyczajne, czułam "mdłości" Alberta Camusa do wszystkiego, co normalne. Jednocześnie oczywiście darzyłam atencją to, co dziwne, a nawet dziwaczne. Stąd chyba wzięły się moje zainteresowania sztuką. Artystów, głównie malarzy, uważałam za ludzi, którzy przez stworzenie własnego spojrzenia na świat poszukują prawdy. Z czasem doszłam do wniosku, że nie tędy droga - przekaz malarski czy rzeźbiarski jest za mało komunikatywny, jeśli chodzi o wyrażenie idei autora. Poza tym, w sztuce nie chodzi tylko o idee, są to niekiedy jakieś fascynacje formalne - estetyczne, często przypadek i wariacje na jego temat.

Zwróciłam się więc ku filozofii i literaturze jako dziedzinom twórczości, mającym na celu "tropienie" sensu istnienia, tym bardziej, że posługują się bardziej zrozumiałym językiem niż sztuka. Na tym polu również miałam tendencje do przyznawania większej prawdziwości dziwnym tezom, myśląc, że są bliższe prawdy, bo bardziej odległe od zwykłego życia, które wydawało mi się paradoksalnie bez życia. Wynik moich kilkuletnich poszukiwań był mizerny - znalazłam jedynie opisy rzeczywistości. Z niektórymi mogłam się utożsamić, co owszem, dawało trochę satysfakcji z posiadania towarzystwa na drodze poszukiwań sensu tego wszystkiego, ale nikt nie dał mi odpowiedzi na pytanie - po co żyjemy i co jest prawdą w związku z tym? Próbowałam zastosować niektóre pomysły z literatury na osiągnięcie szczęścia, np. postawę człowieka "nikt" Edwarda Stachury, czyli wyzbycie się wszystkich oczekiwań na rzecz czystej obserwacji otoczenia. Szybko zorientowałam się jednak, że jest to unik (Stachura w końcu odebrał sobie życie). Fascynował mnie również świat ludzi psychicznie chorych, dopóki nie doszłam do paradoksalnej konkluzji, że nienormalne jest normalne. Powiedziałam sobie - stop, bez przesady, to jest zbyt karkołomne, abym w to uwierzyła.
Nie umiałam oszukać samej siebie. Czyjaś filozofia nie jest obiektywna, wiec nie mogłam przyjąć żadnej za swoją. Szukałam nie mojej, ale absolutnej prawdy.

Odskocznią od poszukiwań umysłem była kontemplacja przyrody zmysłami jako próba osiągnięcia nieuchwytnej jedności z nią. W czasie moich dość częstych wycieczek w góry, zwłaszcza samotnych, "natężałam" się całą sobą, aby dotknąć istoty natury, ale dotykałam, dotykałam i nic... To była tylko materia, owszem, wspaniała, rzucająca na kolana, ale jednak martwa, nie dająca odpowiedzi na pytanie o sens życia. Stwierdziłam po raz kolejny, że nie tędy droga, nawet obraziłam się na góry na kilkanaście lat. Jednak był jakiś efekt tych poszukiwań. Przeczuwałam, że za tą godną podziwu naturą ktoś stoi. Tego kogoś identyfikowałam jako Boga, istnienie którego było dla mnie czymś oczywistym i niepodważalnym. Wcześniej w moich młodzieńczych poszukiwaniach nie brałam Go pod uwagę, był postacią z dzieciństwa, nie wpływającą na dorosłe życie. Teraz odkryłam Go na nowo.

Moje zainteresowania zwróciły się w Jego stronę, ale oczywiście ze względu na swoją naturę odrzuciłam Boga chrześcijan jako zbyt normalnego i skierowałam się ku religiom Wschodu. Codziennie czytałam Bhagawadgitę, rozważałam ją sama, a także z innymi i stwierdziłam, że to nic nowego (pomijając oczywiście wielobóstwo, które było dla mnie niepoważną bajką tylko). Moralność hinduska wydała mi się z grubsza taka sama jak moralność chrześcijańska, a osiąganie doskonałości poprzez wyzbycie się pragnień, to już ćwiczyłam przy okazji Stachury. Pudło.

Mój brat zapytał mnie któregoś dnia, dlaczego tak daleko szukam, przecież Jezus powiedział: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie." (Jan 14,6). Początkowo ofuknęłam go za takie prostackie pomysły, ale od tamtej pory jego słowa nie dawały mi spokoju. Zaczęłam modlić się do Boga długo i własnymi słowami, czytać Biblię i spotykać się z ludźmi, którzy mówili, że są Jego dziećmi. Wiedziałam intuicyjnie, że prawda jest w Bogu, tylko nie miałam pojęcia, jak do Niego dotrzeć. Próbowałam wypełnić to wszystko, co jest napisane w Biblii, ale nie w pełni mi się to udawało - skłonność do zła zwyciężała. Poza tym, posłuszeństwo przykazaniom nie przyniosło mi poczucia związku z Bogiem, do którego dążyłam. Dopiero po dwóch latach zrozumiałam, że grzeszny człowiek nie może mieć więzi ze świętym Bogiem, bo dzieli ich przepaść, której człowiek nie jest w stanie pokonać. Zrobił to Bóg przez Jezusa - zapłacił karę za nasze grzechy, umierając na krzyżu - przerzucił most nad przepaścią. Przeszłam przez ten most czyli uwierzyłam, że Jezus jest jedynym Zbawicielem i Panem, i poprosiłam, aby wszedł do mojego serca. Od tej pory jesteśmy razem na zawsze wg Jego obietnicy zawartej w Biblii. W ten sposób poznałam Prawdę - Jezusa, dowiedziałam się też, jaki jest sens ludzkiej egzystencji - poznać Boga, przyjąć życie wieczne i być tu na ziemi Bożymi ustami dla tych, którzy krążą jeszcze zagubieni w labiryncie, szukając sensu tego wszystkiego, co zwie się życiem.

Marzena
Ostatnio zmienianysobota, 26 maj 2012 16:48

3 komentarzy

  • Kibic
    Kibic piątek, 25, maj 2012 21:35 Link do komentarza

    Wielu szuka, ale na niby. Wręcz szczycą się, że są "poszukujący", choć w rzeczywistości niczego nie chcą znaleźć za wyjątkiem dogadzania sobie. Cieszy, że autentyczne szukanie prowadzi do znalezienia.

    Raportuj
  • alfa
    alfa piątek, 25, maj 2012 22:49 Link do komentarza

    Właśnie tok myślenia, że co "dziwniejsze" teorie, bardziej odległe od rzeczywistości - są prawdziwsze - jest moim zdaniem bardzo popularne. Z drugiej strony to świadectwo jest takim jasnym dowodem - że czas młodości - to wtedy jest najsilniejsza potrzeba znalezienia sensu, prawdziwego punktu odniesienia

    Raportuj
  • mademoiselle
    mademoiselle piątek, 25, maj 2012 23:22 Link do komentarza

    bardzo mi się podoba ten tekst - sam styl jest świetny. dobrze się czyta, obraz kluczenia w labiryncie sam maluje się w wyobraźni ;)

    zgadzam się z poprzednimi komentarzami - wielu ludzi "poszukuje", ale tak naprawdę często tylko tego, co po prostu oryginalne.
    podoba mi się, że w tej historii jest inaczej - nie chodzi o ekstrawagancję - widać szczerą potrzebę odnalezienia prawdziwego sensu życia.

    i piękne jest to, że co wydaje się normalne, nudne i oklepane - jest prawdziwie głębokie i to dopiero jest niezwykłe!

    Raportuj

Skomentuj

Make sure you enter all the required information, indicated by an asterisk (*). HTML code is not allowed.