Ostrzeżenie
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 797.

Rajd okiem Wery

Poranek przy schronisku w Beskidzie Sądeckim. Otwieram oczy. Nade mną szeleszczące, kolorowe płótno namiotu. Powoli w głowie zaczyna się układać. A więc: pierwszy dzień przygody. W pełni uświadamiam to sobie dopiero, wyglądając z namiotu.

BUM!!!

Moim zaspanym oczom ukazuje się widok jak z „Władcy Pierścieni” lub książek podróżniczych. Majestatyczne, groźne, okryte śniegiem aż po spadzistą grań - Tatry... Kontrastując z łagodnymi łukami szczytów Beskidu Sądeckiego, wystrzelają w górę przedziwnymi, jakby szarpanymi przez zęby wiatru krawędziami.

Niezwykłe.

Teraz czynności prozaiczne: walka ze składanymi namiotami, szykowanie jedzenia dla zgłodniałych uczestników rajdu, bieganie tam i z powrotem od schroniska do pola namiotowego, raz z pojemnikami, raz gorącą wodą. To drugie jest, rzecz jasna, bardziej pożądane. Po śniadania z dawką kalorii wystarczającą na prawie pół dnia marszu, czas na dopinanie plecaków. Ruszamy.


Po drugim dniu wędrówki, kiedy siedzieliśmy wokół ogniska z kubkami herbaty (powstałej na wskutek dość skomplikowanej operacji, polegającej na wsadzaniu garnka z wodą w ognisko, czekania aż woda się zagotuje, wydostawaniu garnka i dopiero zalewaniu herbaty), usłyszeliśmy za plecami zwróconymi w stronę ciemnego lasu szelesty i trzaski gałązek. Było to coś tajemniczego. „Coś” (nazwane przez nas „Liszką”) nie dawało za wygraną. Po pół godzinie wytrwałego ignorowania przez nas jej wyczynów, zniecierpliwiona zachowaniem ludzi zaniosła się Liszka dziwnym, piskliwym ni to wyciem, ni szczekaniem. To dało jej efekt, jakiego się spodziewała - przez następne pół godziny była tematem rozmów, z których wynikło między innymi, że plecaki należy szczelnie zamknąć, a produkty żywościowe schować do namiotów. Co też uczyniliśmy, a zdesperowana i pokrzywdzona Liszka dała nam spać i więcej jej nie słyszeliśmy.


Przez cztery dni trwania wyprawy mieliśmy świetną pogodę - trudno było wymarzyć sobie lepszą. Zdobywając między innymi Radziejową (1266 m n.p.m.) - wciąż niebo bez chmurki – kiedy widziałam wijącą się drogę, która jak wstążka układa się między drzewami, aż cisnął mi się na usta wiersz z „Drużyny Pierścienia” J.R.R Tolkiena:


Kto wie, co zakręt bliski kryje,

Drzwi tajemnicy, mrocznąścieżkę,

Tylem ją razy w życiu widział,

Aż przyjdzie chwila, gdy nareszcie,

Otworzy mi się droga nowa,

Tam, gdzie księżyc nam się chowa,

I zaprowadzi mnie najdalej,

Tam, gdzie nad ziemią słońce wstaje.


Z grupą młodych ludzi przemierzaliśmy Beskid Sądecki - „Z Krynicy do Ochotnicy” (około siedemdziesiąt kilometrów w ciągu czterech dni).

 

Ze wspaniałymi humorami przemierzyliśmy ostatnią część wyprawy, aż dotarliśmy do Ochotnicy Dolnej, gdzie pożegnaliśmy się z urokami Beskidu widzianego oczami wędrowców pod brzemieniem ciężkich plecaków. Jako śmiesznostkę podam jeszcze, że dopiero, gdy odprężeni siedliśmy na trawie w miasteczku, oczekując na transport do domu - spadły pierwsze krople deszczu.

Na następnym rajdzie czekamy na Was!


Wera, 13 lat

Ostatnio zmienianywtorek, 22 maj 2012 14:25

4 komentarzy

Skomentuj

Make sure you enter all the required information, indicated by an asterisk (*). HTML code is not allowed.